Cenzura i prawa autorskie, czyli o internecie w Australii

O niebezpieczeństwach związanych z internetem i sposobach im zapobiegania dyskutuje się praktycznie wszędzie na świecie. Różne kraje proponują różne rozwiązania legislacyjne, najczęściej – choć nie zawsze – wynikające z ogólnego systemu politycznego. Ostatnio sporo mówi się na ten temat w Australii.

Kilka tygodni temu pisaliśmy o tym, że rząd australijski postanowił kontrolować dostępne w internecie treści i nałożyć na niego specjalny filtr. Jego wprowadzeniem mają się zająć dostawcy internetu; na nich też spoczywa obowiązek sfinansowania całej akcji. Rządowi chodzi o zablokowanie stron zawierających dziecięcą pornografię, treści związane z przemocą seksualną, narkotykami itd.

“Nie zgadzamy się na cenzurę”

Plany rządowe mają oczywiście wielu krytyków, wśród których znajdują się internauci, organizacje pozarządowe oraz sami dostawcy internetu. Ostatnio swój sprzeciw wyraziła organizacja “Anonymous” i zrobiła to bardzo dosadnie – na kilka godzin zablokowała internetowe strony rządu, parlamentu australijskiego oraz witryny premiera i ministra komunikacji.

Hakerzy zastosowali rozproszony atak blokujący (DDoS, Distributed Denial of Service), który polega na zasypaniu serwera ogromną liczbą fałszywych zapytań, najczęściej pochodzących z botnetów, czyli sieci przejętych przez hakerów komputerów. Serwer musi przydzielić pewne zasoby dla każdego takiego zapytania, więc przy dużej ich liczbie jego działanie może ulec zawieszeniu.

Organizacja Anonymous sprzeciwia się cenurze internetu, w tym blokadzie pornografii

W e-mailu rozesłanym do mediów organizacja “Anonymous” napisała, że żaden rząd nie ma prawa blokować swoim obywatelom dostępu do informacji tylko dlatego, że uważa ją za niepożądaną. Rząd jednak nie chce wdawać się w dyskusję z hakerami i twierdzi, że ich akcji nie można uznać za uzasadnioną formę protestu, gdyż była “całkowicie nieodpowiedzialna i zablokowała obywatelom Australii dostęp do usług administracji publicznej”.

Organizacja zapowiada więc kontynuowanie swojej działalności. Wkrótce instytucje rządowe mogą się spodziewać powodzi e-maili, faksów i rozmów telefonicznych ze spamem czy pornografią. Ale czy to wystarczy, by przekonać rząd do zmiany decyzji? Jak dotąd jego stanowisko było wyjątkowo stanowcze – pomimo wszechobecnej krytyki.

“Dostawcy internetu nie są odpowiedzialni za działania piratów”

Ale to nie jedyny problem, związany z internetem, z którym boryka się ostatnio Australia – kilka dni temu przez krajowe media po raz kolejny przetoczyła się dyskusja na temat ochrony praw autorskich w sieci. Obowiązujące w tym kraju prawo antypirackie jest bardzo podobne do brytyjskiego, co oznacza, że w gestii dostawcy internetowego jest zapobieganie piractwu. Użytkownik, który nielegalnie pobiera chronione prawem autorskim treści, może spodziewać się listu ostrzegawczego, ograniczenia szybkości transferu, a nawet zawieszenia działania protokołów P2P.

To prawo wykorzystało niedawno kilka wytwórni filmowych i muzycznych (m.in. Universal Pictures, Warner Bros, Paramount), które oskarżyły jednego z największych australijskich dostawców internetu – firmę iiNet o nieprzestrzeganie tych przepisów i w konsekwencji autoryzowanie piractwa. iiNet ograniczył się bowiem do wysyłania listów i stwierdził, że nie odetnie nikomu internetu bez wyroku sądowego. Z tego powodu sprawa trafiła do sądu, który ostatecznie zdecydował, że iiNet nie złamał prawa.

- W Australii jednostka nie ma obowiązku chronienia praw autorskich innej jednostki. Zabronione jest jedynie wykorzystywanie chronionych prawem autorskim utworów bez zgody właściciela tych praw – w uzasadnieniu wyroku powiedział sędzia federalny.  – iiNet nie ma żadnej kontroli nad systemem BitTorrent i nie jest odpowiedzialny za jego działania – dodał. Słowem, dostawcy internetu nie mają obowiązku odcinania piratów od sieci.

Jest to pierwsza tego typu sprawa na świecie i może mieć ona wpływ na decyzje sądów w innych krajach. W obliczu problemu piractwa przemysły filmowy i muzyczny coraz częściej domagają się od dostawców internetu zaangażowania w jego zwalczanie – w Wielkiej Brytanii, Francji i Szwecji już teraz mają oni obowiązek wysyłania listów ostrzegawczych do piratów  lub ograniczania czy odcinania im dostępu do internetu. Można się spodziewać, że w przyszłośc podobne naciski wytwórni będą zdarzyły się częściej, dlatego też wyrok sądu australijskiego może być precedensem.

  • RSS
  • Wykop
  • Gwar
  • Twitter
  • Facebook

Dodaj komentarz


XHTML: Możesz używać tagów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>