Pirat XXI wieku, czyli: Jo-ho-ho i dysk pełen danych
Pirat może mordować i okradać lub zagrażać bezpieczeństwu na drodze czy w powietrzu. Ale może też rozpościerać żagle swojego okrętu na bezkresnym oceanie infostrady. Jedyne, co łączy wszystkich piratów, to fakt, że oni wcale nie uważają się za tych złych.
Co dziwne, często mają rację.
Kim jest pirat XXI wieku? Jakimi kieruje się zasadami – jeżeli w ogóle ma jakieś? Skąd się wziął i dokąd zmierza? Kto z nim walczy i w jaki sposób? Kto jest w tym wszystkim czarnym charakterem a kto bohaterem pozytywnym i czy te role przypisane są na stałe? A może – jak to często bywa – w elektronicznym piractwie nie da się jednoznacznie określić, co jest czarne a co białe?
Od kamery w kinie…
Piractwo rozumiane jako łamanie praw własności intelektualnej artystów, producentów i wydawców rozwija się prężnie od końca lat 70. ubiegłego wieku. Ma ono oczywiście związek z rozwojem techniki. Czas kaset magnetofonowych i magnetowidów był tylko wstępem do złotej ery internetu.

Japoński system antypiracki w akcji
Dawniej najsilniejszą bronią przeciwko piractwu był asertywny pan z latarką obchodzący salę kinową. Dzisiaj robi się to inaczej. Na przykład techniką tak, jak Sharp i japońska organizacja Motion Picture Producers Association. Ich wspólny projekt antypiracki ma wprowadzić do japońskich kin emitery promieni bliskich podczerwieni (Near Infra-Red). Ukryte za ekranem emitery będą wyświetlały siatkę punktów niewidoczną dla ludzkiego oka, ale psującą wrażenia estetyczne podczas oglądania nagrania z trzymanej na kolanach kamery.
Niestety technika bardzo często zawodzi. Młodzi zdolni z całego świata stawiają sobie nieraz za punkt honoru złamanie zabezpieczeń, jakimi próbują z nimi walczyć wydawcy. Tak było z cyfrowymi zabezpieczeniami Digital Rights Management (DRM). Amerykańskie Stowarzyszenie Przemysłu Nagraniowego starało się za ich pomocą uniemożliwić bezproblemowe wykonywanie kopii zapasowych filmów na nośnikach DVD i Blu-ray. Cel był szczytny, ale metody zupełnie chybione. To istna walka z wiatrakami. Dla przykładu pod koniec listopada 2008 r. wyszła nowa wersja zabezpieczeń DRM, która miała powstrzymać programistów firmy SlySoft od dodania możliwości kopiowania płyt do programu AnyDVD HD.

"Sprytny" AnyDVD HD radzi sobie z każdym systemem zabezpieczeń. Służy - jakże by inaczej - wykonywaniu legalnych kopii zapasowych.
Twórcy nowej wersji DRM nie mieli złudzeń. Wiedzieli, że prędzej czy później ich algorytmy zostaną złamane. Zapowiadali jednak, że tym razem łamacze mają się z nimi męczyć przynajmniej trzy miesiące. Jak się jednak okazało, nadzieje były płonne. Nowa wersja programu, AnyDVD HD 6.5.0.2, radziła sobie znakomicie z nowymi blokadami. A w sklepach pojawiła się jeszcze przed końcem grudnia.
Doszło do tego, że w lipcu 2009 roku Jonathan Lamy, rzecznik RIAA, powiedział w wywiadzie dla magazynu SCMagazine wprost: DRM jest martwe, nieprawdaż?
Prawda.
Oczywiście jako pole bitwy między piratami a organizacjami zajmującymi się ich zwalczaniem, wykorzystywane są też media społecznościowe. You Tube jest pełen reklam anty i pro-pirackich. Starszych, nowszych, zabawnych, straszących… do wyboru do koloru. Swoje trzy grosze dodają nawet sami twórcy. Co ciekawe, nie zawsze wypowiadając się o piractwie jednoznacznie negatywnie. Czasem robią to z przymrużeniem oka, jak komik i muzyk Jack Black narzekający w swojej reklamie antypirackiej, że przez „piratów, którzy przychodzą i kradną internety” gwiazdy rocka mają za mało pieniędzy na narkotyki (czy też eufemistycznie: rakietowego sosu). Zdarzają się też głosy zupełnie niepoprawne politycznie. Gdy w jednym z wywiadów piosenkarka Joss Stone powiedziała, że „piractwo jest świetne”, wprawiła reportera w takie osłupienie, że przez chwilę nie wiedział on, co odpowiedzieć. Ale takie przypadki stanowią wyjątek.
Zresztą media społecznościowe to broń obusieczna. Organizacje chroniące prawa artystów mogą nagrywać swoje klipy i wrzucą je na You Tube. I robią to w ilościach mogących przyprawić o ból głowy. Poniższy klip znają chyba wszyscy:
Ale przecież druga strona tej pirackiej wojny też umie założyć konto w serwisie Google i, ładując armaty cyfrowymi kulami, ostrzelać okręt wroga. Efekty mogą być imponujące:

Steve Jobs jest przeciwny drakońskim zabezpieczeniom DRM
Próba zamknięcia ust osobom, które za cel swojego życia stawiają sobie szerzenie zasad wolności, nigdy nie było zbyt dobrym pomysłem. Zresztą, pisząc o „bojownikach o wolność”, bardzo spłaszczam głęboki temat. Nie jest tak, że za swobodnym udostępnianiem treści w sieci przemawiają tylko nastolatki ściągające w domu kopie najnowszych filmów. Przykładowo, wspomniane wcześniej zabezpieczenia DRM są znienawidzone przez samego Steve’a Jobsa, współzałożyciela firmy Apple i guru milionów fanów sprzętu z logo z nadgryzionym jabłkiem. Według Jobsa, jednego z pionierów legalnego handlu muzyką w sieci, DRM jest szkodliwe dla handlu utworami muzycznymi w internecie, gdyż spowalnia jego rozwój. W lutym 2007 r. Jobs wystosował nawet otwarty list, w którym zachęcał wielkie koncerny muzyczne do rezygnacji z nieskutecznych metod zabezpieczania ich produktu. Treść całego listu Steve’a Jobsa można nadal przeczytać na oficjalnej stronie firmy Apple.
Oczywiście Jobs nie robi tego z dobroci serca. On zarabia na mp3, więc wszelkie regulacje prawne dążące do zwiększenia legalności tego formatu i ułatwiające sprzedaż muzyki w nim zapisanej są mu na rękę. Prezes Apple pokazuje jednak, że przemysł fonograficzny XXI wieku nie ma już tylko jednej, wypalonej laserem na poliwęglanowym krążku drogi. Infostrada jest szybsza, otwarta i ma mniejsze opłaty na bramkach.
…do wycieku kontrolowanego
Czasy nachalnych informacji antypirackich dodawanych przed filmem minęły. Producenci nadal umieszczają je na płytach DVD i Blu-ray, ale głównie jako dodatkowy argument do ewentualnej sprawy sądowej. Wydawcy nie mają złudzeń co do skuteczności tej leciwej już metody.
- Wiadomości tego typu są umieszczane głównie po to, by usunąć wszelkie wątpliwości – powiedziała dla BBC Silas Brown, radca prawny ze specjalizującej się w prawach własności intelektualnej firmy Briffa.
Wydaje się, że możliwości drzemiące w internecie zaczynają powoli przemawiać do samych wydawców. Spektakularny sukces usługi iTunes dał do myślenia nie tylko klientom. Nowe formy wymiany danych, takie jak sieci P2P, tworzą nowe pomysły na promocję. Nawet, jeśli nie zawsze oficjalną. Pierwszy odcinek czwartej serii serialu Dexter sieci ShowTime wyciekł do sieci na długo przed premierą telewizyjną… i był zaskakująco dobrej jakości. Podobnie było z nowym serialem Flash Forward (w tym przypadku jakość pozostawiała akurat wiele do życzenia) i dziesiątkami innych produkcji. Coraz częściej mówi się, że to nie przecieki, ale wycieki, i to kontrolowane. Skoro cały świat i tak będzie ściągał produkcje z sieci, to czemu by na tym nie skorzystać? P2P jako nowa forma promocji sprawdza się znakomicie.
A to dopiero czubek góry lodowej. Głosy o tym, że piractwo może być wykorzystane z korzyścią finansową dla firmy pojawiają się coraz częściej.
Tylko, że dla wielu dużych firm to nadal fantastyka naukowa. Patrząc na rynek i sieć, można czasem odnieść wrażenie, że niektóre duże koncerny żyją jeszcze w czasach sprzed startu amerykańskiego projektu wojskowego ARPANET (który legł u podstaw globalnej sieci, którą znamy dziś pod nazwą „Internet”).
Ojciec dzisiejszego internetu urodzony w latach 60. ubiegłego wieku zapewne drapie się teraz po swojej kilkubitowej brodzie i zastanawia, dlaczego jego dziecko jest tak poniewierane? W Hong Kongu można mieć łącze 100 Mb za równowartość kilkudziesięciu złotych. Nawet w Polsce, która bardziej opiera się sieciowej rewolucji, podłączenie sieci 20 Mb w większych miastach nie jest trudne. I nie kosztuje majątku. Dlaczego więc Tim Kuik, dyrektor holenderskiej fundacji BREIN walczącej zaciekle z Zatoką Piratów, mówi wprost: – The Pirate Bay jest nielegalne i musi zostać zablokowane? Dlaczego Mininova usuwa ze swoich zasobów nielegalne torreny i to bynajmniej nie na własne życzenie?
Chodzi oczywiście o prawo. Tylko, że prawo można zmienić w taki sposób, by było „na czasie”. Problemem są więc zapewne pieniądze. Szczególnie te, które duże wytwórnie filmowe i koncerny muzyczne tracą na działalności takich stron, jak PirateBay czy Mininova. Sęk w tym, że podobnie jak w przypadku zabezpieczeń Digital Right Protection, i w tym przypadku walka wydaje się z góry przegrana. Mamy tu do czynienia z dziwaczną sytuacją, w której sprzedawcy z uporem i zaangażowaniem ignorują potrzeby i oczekiwania konsumentów. Z jednej strony popularne torrenty mają tysiące osób ściągających i udostępniających, a z drugiej fundacja BREIN sądzi Mininovę na około 5 milionów euro i zmusza do usunięcia plików łamiących prawa autorskie. Z jednej strony w serwisach informacyjnych pojawiają się wieści o najpopularniejszych filmach na torrentach, a z drugiej Wielka Brytania przygotowuje się do odcinania internetu.
Wygląda to trochę tak, jakby sprezentować klientowi szybki i wygodny samochód, a później zabronić mu go używać, bo za dużo pali.
Stryczek czy sztabka złota?
Więc jak to jest z tym ściąganiem z sieci? Piraci powinni być zakuci w dyby i wychłostani czy należą się im gratulacje za zwiększanie popularności konkretnych filmów, seriali, płyt i gier?
Prawda leży gdzieś po środku.
Z jednej strony mamy wyniki finansowe brytyjskiego przemysłu muzycznego, który w 2000 r. był wart 2,047 miliarda funtów, a w roku 2008 1,31 miliarda. Nie ma się co dziwić. W 1999 r. wystartował Napster i zmienił świat bezpowrotnie. Jednak z drugiej strony badania tego samego regionu przeprowadzone przez instytut badawczy Demos pokazują, że piraci ściągają muzykę z sieci, ale też ją kupują. I to w znacznie większej ilości, niż osoby nieużywające torrentów.
Z jednej strony mamy witryny takie, jak Piracy Is a Crime, gdzie można anonimowo złożyć donos na pirata. Z drugiej – inicjatywy takie jak Partia Piratów starające się wytyczyć nowe szlaki. Także w Polsce.

Christian Engström i Amelia Andersdotter - piraci w europarlamencie
Partie piratów to zresztą teraz bardzo głośny temat. W czerwcu 2009 r. szwedzkiej partii piratów udało się przekroczyć próg wyborczy wartością 7,1%. Parta otrzymała tym samym jeden mandat do parlamentu europejskiego, który zmienił się w dwa miejsca po ratyfikacji traktatu lizbońskiego. Członkiem Parlamentu Europejskiego został tym samym Christian Engström, urodzony w 1960 r. szwedzki programista komputerowy, a zarazem jeden z głównych członków Partii Piratów. Drugą osobą w parlamencie jest piratka Amelia Andersdotter. Gratulacje dla szwedzkich piratów można było przeczytać na stronie polskiej partii.
Piraci prowadzą cały czas ataki partyzanckie. Na witrynach takich jak Partiapiratów.pl, PP International czy Partia Piratów Wiki głoszą walkę z ograniczaniem wolności obywatelskich. Ale projekty zmian prawa w wielu krajach pokazują, że ich przeciwnik ma silniejsze uzbrojenie. W Szwecji wprowadzono bardzo restrykcyjne prawo dotyczące sieci P2P, a zaraz po tym ruch w sieci spadł o jedną trzecią. Podobnie kroki podjęła Francja, wprowadzając prawo umożliwiające odcięcie obywatelom dostępu do internetu bez wyroku sądu.
Inna sprawa, że nowe przepisy na dłuższą metę są tak krytykowane, że prędzej czy później zmieniane. Parlament Europejski oraz Rada Ministrów Unii Europejskiej osiągnęły niedawno porozumienie w spornej kwestii 138 poprawki. do pakietu telekomunikacyjnego. Chociaż i tym razem nie obyło się bez problemów.
W komunikacie szwedzkiej prezydencji poinformowano, że przyjęte rozwiązanie zapewni, że internauci nie będą mogli być odłączeni od internetu “bez sprawiedliwej i bezstronnej procedury” – pisze Interia. Nie wspomina się jednak ani słowem o konieczności udziału sądu w takich sprawach, co może sugerować wprowadzenie pewnych procedur administracyjnych.
Powstają też organizacje takie jak Fundacja OpenInternet, które chcą dbać o dialog między zwaśnionymi stronami.

Opierając się na przykładzie Szwecji, widać zresztą, że bardzo ostre prawa nie są zbyt skuteczne. Po początkowej panice w szwedzkim internecie ruch w sieci zaczął wracać do normy. Jak na ironię, popularność sieci P2P nawet wzrosła. Szwedzi po prostu się wycwanili.
Ostatnie badania firmy Cyber Norms pokazują, że 10% Szwedów w wieku od 15 do 25 roku życia używa środków neutralizujących obserwację w sieci – czytamy w serwisie TorrentFreak. Måns Svensson, profesor socjologii prawa z Lund, przypuszcza, że obecnie 6-7% Szwedów może ukrywać swoją obecność w sieci.
Cała ta przepychanka wygląda jak zabawa w kotka i myszkę. Duży i groźny kot musi się sporo nabiegać i zmęczyć (czytaj: wydać sporo pieniędzy podatników), ale od czasu do czasu udaje mu się złapać mysz. Niestety, zanim zdąży wsadzić ją do pyska, ta czmycha już do mysiej nory… i instaluje w niej nowe oprogramowanie.
Walka z wiatrakami
Pomysłów na powstrzymanie piractwa jest wiele, ale póki co żaden nie sprawdził się na dłużej. Co wydarzy się w najbliższych latach, gdy cyfrowa dystrybucja multimediów zacznie wypierać sprzedaż fizycznych nośników? Nick Parker z Parker Consulting uważa, że cyfrowa dystrybucja gier wideo prześcignie tradycyjną w ciągu trzech lat. Jeśli wydawcy nie spojrzą inaczej na kwestię swobodnej wymiany danych w sieci, to kiepsko wróży to ich interesom.
Z drugiej strony unijne prawo, coraz częstsze przypadki sądzenia stron z torrentami i zmuszania ich do zaprzestania lub zmiany działalności wydają się przemawiać na korzyść starych metod sprzedaży gier, filmów i muzyki. Inną kwestią jest jednak upór internautów, łamaczy zabezpieczeń i członków takich organizacji, jak Parta Piratów. Jeśli ktoś z przemysłu rozrywkowego ma nadzieję, że oni się poddadzą, to żyje marzeniami.
Piractwo było, jest i będzie. Jedyne na co mogą liczyć producenci i wydawcy, to że z ich pomocą zmieni się jego definicja. Jeśli tylko duże firmy otworzą się na nowe pomysły, to być może za 20 lat pirat będzie naprawdę „tym dobrym”.
Pirat może mordować i okradać lub zagrażać bezpieczeństwu na drodze czy w powietrzu. Ale może też rozpościerać żagle swojego okrętu na bezkresnym oceanie infostrady. Jedyne, co łączy wszystkich piratów, to fakt, że oni wcale nie uważają się za tych złych.
Co dziwne często mają rację.












Dodaj komentarz