Prehistoria gier komputerowych
Komputery – prawie od początku swojego istnienia – służyły nie tylko do pracy, ale i rozrywki. Już w 1951 roku powstała pierwsza maszyna, której jedynym celem była gra w matematyczną łamigłówkę dla dwóch graczy – NIM. Na “poważnych” komputerach należących do ośrodków badawczych gry powstawały po godzinach – zalegały ukryte pod stosami innych programów, na dnie pudełek z kartami perforowanymi, bawili się nimi znudzeni inżynierowie. W 1961 roku dwóch studentów MIT stworzyło kosmiczną strzelaninę Spacewar! na minikomputerze DEC PDP-1, która grafikę wyświetlała za pomocą oscyloskopu. Zabawa była przednia jednak dostępna dla nielicznych. Trzeba było dość długo czekać by gry komputerowe trafiły pod strzechy.
Pierwszą tego typu zabawką był automat do gry Computer Space, który trafił do “prawie-masowej” produkcji w 1971 roku. Zabawa opierała się na podobnej zasadzie co powstała 10 lat wcześniej Spacewar!, jednak tym razem zagrać mógł każdy, kto był w stanie wysupłać z portfela gruby plik dolarów i kupić jeden z 1800 egzemplarzy maszyny. Potem poszło całkiem szybko. Rok później ci sami twórcy wydali na świat legendarny Pong! – grę z piłeczką i dwiema paletkami, dość prostą, by mógł w nią zagrać każdy. W 1975 Pong! – pod postacią firmowanej przez Atari konsoli podłączonej do telewizora – trafił do masowego odbiorcy. Gry komputerowe przestały być rozrywką elitarną – stały się powszechne.
Wielu naszych czytelników z pewnością pamięta jeszcze te czasy, gdy gry komputerowe były jeszcze w powijakach. Nie były przez to wcale mniej fascynujące. Ciekaw jestem, jak wiele osób wciąż wspomina swój pierwszy kontakt z grą komputerową. W końcu dla wielu z nas było to pierwsze zetknięcie z komputerem w ogóle. Było to przeżycie, o którym nie jest łatwo zapomnieć. Ja w każdym razie swoja swoją pierwszą grę pamiętam doskonale.
Lat mogłem mieć wtedy może z pięć. A zatem moja pierwsza gra – wydana w 1984 roku – była w sumie jeszcze całkiem nowa. Gry w tamtych czasach nie starzały się jeszcze tak szybko i dwuletni tytuł wciąż jeszcze wywoływał emocje wytrawnych graczy. A co dopiero pięciolatka…
Jedyny kontakt z komputerem jaki wtedy miałem, to wizyty u mojego ulubionego kuzyna. Jestem dziś przekonany, że moje przywiązanie do starszego o dwa lata (a więc aż siedmioletniego!) brata ciotecznego nie stałoby się nawet w połowie tak silne, gdyby nie był on posiadaczem… ZX Spectrum.

Spectrum – pudełko z koszmarnymi, gumowymi klawiszami, jednokanałowym “bzyczkiem”, ozdobione tak, jakby właśnie wróciło z parady równości. Machina podłączona była do małego, czarno – białego telewizorka oraz magnetofonu. Gry “wgrywało się” z kaset. Kuzyn opanował technikę “wgrywania” do perfekcji. Należało przewinąć kasetę do określonego miejsca ołówkiem, załadować do magnetofonu, nacisnąć “play” i czym prędzej uciec z pokoju zamykając za sobą drzwi – żeby tylko nieopatrznym tupnięciem czy westchnięciem nie zakłócić delikatnego procesu.

Kokotoni Wilf - ekran tytułowy
To dopiero były czary… Po kilkunastu minutach, które wydawały się wiecznością, cichły dochodzące z pokoju piski. Można było ostrożnie wejść i zasiąść do gry. A grą tą – pierwszą, wyjątkową, niezapomnianą – był… Kokotoni Wilf, studia Elite. “Kokotoni” to fajne słowo dla pięciolatka. “Wilf” natomiast nic nie znaczy, brzmi głupio i z niczym się nie kojarzy. Grę zapamiętałem więc po prostu jako Kokotoni. Tytuł ten pamiętałem bezbłędnie po tych dwudziestu-paru latach i momentalnie odnalazłem go w sieci – zaskoczył mnie tylko ten drugi człon. “Wilf”. No bo co to niby jest? Okazuje się, że postać, którą sterujemy w tej produkcji zwie się właśnie Wilfem. Nie wiedziałem tego jako pięciolatek i nie było mi to potrzebne do szczęścia. Podobnie, jak nie miałem pojęcia, że gra jest kolorowa jak pisanka. Mi zawsze wydawało się, że panują w niej egipskie ciemności.
Kokotoni opiera się na prostym pomyśle. Sterujemy postacią skrzydlatego ludka, który musi pozbierać porozrzucane po 63 planszach gwiazdki (teraz wiem, że są to kawałki amuletu – okazuje się, że gra posiada fabułę!). Ludek może swobodnie unosić się w powietrzu. Nie może natomiast dotykać chodzących, latających lub stojących na planszach stworów ani elementów otoczenia wyróżnionych jaskrawym kolorem.

Kokotoni Wilf w kolorze
No właśnie… Jaskrawym kolorem! Jak łatwo zwrócić uwagę, praktycznie wszystko jest tu w jaskrawych kolorach. To pewien problem… ja miałem inny. Ja, ze względu na brak kolorowego monitora, widziałem tę grę mniej więcej tak:

Kokotoni Wilf na monochromatycznym ekranie
Połowę czasu spędzaliśmy z kuzynem, starając się metodą prób i błędów nauczyć się na czym można, a na czym nie można wylądować. Otóż nie można na przykład lądować na znajdującym się w gnieździe jajku. Pamiętam za to, że można deptać po głowie któregoś z dinozaurów. Nie za wiele w tym logiki, ale zabawa była fascynująca.
Drugą połowę czasu spędzonego z grą, poświęcaliśmy na walkę ze Spectrumową klawiaturą. Kuzyn joysticka nie posiadał, a koszmarne, gumowe guziczki rozmieszczone były bez sensu. I mimo, że używało się ich tylko trzech, najlepiej radziliśmy sobie sterując we dwóch.

Kokotoni Wilf - jaskinia pełna niebezpieczeństw
Cały dowcip polegał na tym, że kiedy trzymało się przycisk, odpowiedzialny za machanie skrzydłami, ludzik cały czas się wznosił. Gdy się go puszczało – opadał. Balansowaliśmy więc między śmiercionośną podłogą a morderczym sufitem – a od jednego do drugiego było nieraz bardzo blisko.
Nie wydaje mi się, żebyśmy zdołali obejrzeć więcej niż 5 z 63 dostępnych w grze plansz. Za to ekran tytułowy (do którego gra wraca po stracie ostatniego z sześciu “żyć”) oglądaliśmy nader często. Mimo to, godziny spędzone przy Kokotonim (nie wiem, czy tak można to odmieniać – ale tak właśnie mówiliśmy, zresztą odmienialiśmy to przez wszystkie przypadki), muszę zaliczyć do najbardziej satysfakcjonujących i najintensywniejszych przeżyć, jakich kiedykolwiek dostarczyła mi gra komputerowa.
Wiele ze starych tytułów z dzieciństwa wciąż pozostaje żywych w pamięci dorosłych już graczy. Bez problemu znalazłem w sieci emulator (oparty na JAVA, działający w okienku przeglądarki, nie wymagający żadnej instalacji i żmudnego “wgrywania”), dzięki któremu mogłem znów polatać sobie Kokotonim. Po 23 latach gra znów mnie wciągnęła. Jest trudna, mimo prostej obsługi. Klawisz 6 to poruszanie w lewo, 7 w prawo, a 0 odpowiada za lot. Zgromadziłem tylko parę gwiazdek, ale i tak pobiłem swój życiowy rekord przynajmniej dwukrotnie i zwiedziłem znacznie większą część labiryntu plansz. Przejdź do emulatora z grą Kokotoni Wilf i zobacz jak pójdzie tobie.
Ostatnio w serwisie aukcyjnym E-bay pojawiły się dwa egzemplarze automatu do gry w Computer Space, w oryginalnych, stylowych obudowach. Cena wywoławcza – 2,5 tysiąca dolarów została przebita czterokrotnie. Nawet za ulotkę reklamową tej historycznej maszyny kolekcjonerzy gotowi są zapłacić 150 dolarów. Sentyment to wielka siła. Miłośnicy archaicznych gier kolekcjonują je, piszą o nich, hołubią ulubione tytuły – tak jak robi się to z najprzyjemniejszymi wspomnieniami. Ciekawe tylko, czy współczesne gry – jak bardzo by nie były rozbudowane i zaawansowane – za trzydzieści lat będą budzić jeszcze jakiekolwiek emocje.

Okładka ulotki reklamowej Computer Space











Ta laska wygląda jak dziewczyna Bonda.
Tak się właśnie zastanawiałem czy będzie tu czasem coś o grach, ale właśnie tak z pomysłem. na wiekszości stron i w różnych serwisach piszą o grach jednak dzieciaki i to widać. Dorosłych graczy jest przecież masa i nie koniecznie interesuja sie WoWem czy innym CSm.
Może coś o darmówkach?
Ta “konsola” wygląda jak wechikuł czasu z filmów science-fiction z lat ‘70. Szkoda, że teraz takich nie robią :D